Relacja: Zachód USA – Volfee wśród dzikich plemion

Dzień 2 – 9.09

Następnego dnia, niespecjalnie wyspani, trochę głodni, zmarznięci po nocy, a przede wszystkim zniecierpliwieni, aby w końcu zobaczyć tą zapierająca dech w piersiach krainę, ruszamy w drogę. To (!) co widzimy, jest warte każdej z tych drobnych niedogodności. Jedziemy drogą międzystanową otoczeni ze wszystkich stron spaloną słońcem czerwoną ziemią, porośniętą gdzieniegdzie drobnymi krzaczkami, z widokiem  kończącym się na odległych „łańcuchach górskich” – również o czerwonym zabarwieniu.

Jazda autostradą w tych warunkach jest koszmarem – człowiek, który widzi coś takiego pierwszy raz w swoim życiu chciałby obfotografować, każdy krzaczek, każdą skałę, każdy masyw, dosłownie wszystko, tylko że na drodze nie ma żadnych postojów. Aby się zatrzymać trzeba zjechać z autostrady na jednym ze zjazdów, znaleźć miejsce do zatrzymania samochodu i dobre miejsce do zrobienia zdjęcia. Na to nie mamy czasu, zmierzamy do pierwszego celu naszej podróży – Acoma Pueblo.

Acoma Pueblo lub inaczej City In the Sky (Miasto w Niebie), to indiańskie Pueblo położone na ostańcu skalnym o wysokości mniej więcej 150 metrów i powierzchni ok. 1 km kwadratowego. Publo uważa się za najstarszą zamieszkaną osadę na terenie USA i to właśnie w niej można zobaczyć jak żyją prawdziwi Indianie w dzisiejszych czasach. Pueblo znajduje się ok. 40 mil drogi na zachód od Albuquerque (przy drodze międzystanowej nr. 40). Jako, że nasza trasa wiedzie właśnie tamtędy, nie możemy przegapić takiej okazji.

Ok. godziny 9.00 zajeżdżamy na parking pod Visitors Center, by zaczerpnąć informacji  na temat możliwości zwiedzania. Właśnie wtedy dowiadujemy się ile ta przyjemność będzie nas kosztować – 20$ dla osoby dorosłej (17$ studenci i dzieci) oraz 10$ za fotografowanie. Trochę nas te ceny zmroziły, no ale w końcu przyjechaliśmy tu zaszaleć. Cena biletu obejmuje dojazd busikiem do Pueblo (jakieś 500m z parkingu plus 100 metrów pod górkę) oraz 1,5-godzinną wycieczkę z przewodnikiem.

Zwiedzanie zaczynamy od cmentarza i wnętrza niewielkiego kościółka zbudowanego z cegieł, a od zewnątrz pokrytego mieszanką gliny i włókien kukurydzianych. Fotografowanie wnętrza kościoła i cmentarza jest zabronione zabronione. Szkoda, bo groby usytuowane na obrzeżach wioski, doskonale komponują się na tle niekończących się równin Nowego Meksyku. Zwiedzanie wnętrza kościółka jest całkiem ciekawe, wystój wnętrza to połączenie Indiańskich wierzeń z zaszczepioną przez Hiszpańskich konkwistadorów wiarą katolicką. Zdecydowanym plusem jest tu obecność lokalnego mieszkańca w roli przewodnika, który potrafi doskonale wytłumaczyć znaczenie każdego symbolu i zwrócić uwagę na pozornie błahe detale.

Po zwiedzeniu świątyni udajemy się na spacer po wiosce, gdzie poznajemy prawdziwe znaczenie słów: „miejsce, gdzie można zobaczyć jak żyją prawdziwi Indianie w dzisiejszych czasach”. Mimo tego, że w wiosce faktycznie niema ani bieżącej wody, ani prądu, to zaparkowane przy pokrytych gliną domach, samochody terenowe i pick-up’y trochę psują ogólne wrażenie. W trakcie zwiedzania wioski gdzieniegdzie, zupełnie „przypadkiem” trafiamy na Indian sprzedających lokalne rękodzieła po cenach… uuu huuuu… zdecydowanie nie na nasze studenckie kieszenie. No, ale takie stragany to faktycznie element lokalnego folkloru.

To co jednak najbardziej zapada mi w pamięć w czasie zwiedzania Acoma to niezwykły widok jakim Indianie mogą cieszyć się każdego dnia (nie potrafiłbym tego opisać słowami, zainteresowanych zapraszam do obejrzenia zdjęć z wyprawy). Na zakończenie zwiedzania przewodnik oferuje dwie opcje, można raz jeszcze udać się w stronę stoisk z pamiątkami, a potem do busika lub też wybrać druga opcję jaką jest zejście, ukrytym wśród skał „sekretnym” wejściem do wioski. Oczywiście wybieramy druga opcję, co owocuje 20 minutowym spacerkiem (w niektórych miejscach jest dość stromo, ale bez przesady).

Po ok. 2,5 godzinnym zwiedzaniu Acoma ruszamy w dalszą drogę na zachód. Kolejnym celem naszej podróży jest El Morro National Monument. Są to formacje skalne zbudowane z piaskowca, na których znaleźć można inskrypcje wyrzeźbione w różnych okresach historycznych. Wybierając się na 0,5h spacer możemy przejść się wokół masywu oglądając, obok pradawnych Indiańskich piktogramów, inskrypcje z czasów konkwistadorów, podpisy podróżników przemierzających te odstępy, żołnierzy i wiele innych. Niestety muszę was zasmucić – władze parku nie pozwalają na pozostawianie własnych inskrypcji J. Nam udaje się wypatrzyć ryt z 1860r. dumnie głoszącą: „S. Beanick Kulicz – Polen”! Jeżeli mamy ochotę na trochę dłuższy spacer (ok. 1h) to możemy udać się na szczyt wzniesienia skąd roztacza się niezapomniany widok na równiny Nowego Meksyku, przecięte jednopasmową drogą, ciągnącą się aż po horyzont. Moim zdaniem naprawdę warto szczególnie, że cała ta atrakcja kosztuje jedynie 3$ od osoby.

Po 1,5h jazdy na zachód zostawiamy za sobą Nowy Meksyk i wkraczamy na teren Arizony. Jest już późne popołudnie, więc plany zwiedzenia Petrified Forrest, jeszcze tego dnia, odkładamy na następny poranek. Planujemy tylko zajechać do Visitors Center i dowiedzieć się, o której godzinie otwierają. Na miejscu dowiadujemy się, że park jest czynny od godziny 7.00 do 18.00 – o tej godzinie należy przerwać zwiedzanie i niezwłocznie opuścić park. Jest godzina 17, więc próbujemy w ciągu godziny zobaczyć jak najwięcej (tygodniowy wstęp do parku kosztuje 15$ od samochodu).

Było warto! Park zwiedza się w całości samochodem jadąc 20 milową trasą z wieloma punktami obserwacyjnymi. Sam park dzieli się na dwie główne atrakcje: fragment Painted Desert nazwany Badland’ami oraz tytułowy Petrified Forrest (Skamieniały Las) na południu. Ponieważ zaczynamy od północnego wejścia, tego dnia udaje nam się zobaczyć tylko pierwszą atrakcję. Swoją drogą doskonale się to układa, bo na większości punktów widokowych dość niskie słońce świeci nam w plecy, doskonale oświetlając (i cieniując J) połacie barwnych pagórków. Idealny moment na zdjęcia! Niestety godzina 18 wybija zbyt szybko i tego dnia udaje nam się ujrzeć skamieniałe drewno jedynie z oddali. Na nocleg jedziemy do pobliskiego miasteczka Holbrook – nocujemy na Holbrook KOA Campsite, który zdecydowanie mogę wszystkim polecić. Zawijając do Holbrook można sobie zrobić zdjęcie ze znakiem „Historic Road 66”.

O czym warto pamiętać nocując na kempingu w Arizonie? Koniecznie trzeba się ciepło ubrać, bo mimo, że w dzień temperatura dochodzi do 40 stopni, to poranki bywają naprawdę zimne. Ja popełniłem ten błąd, powiem wam, że dawno tak nie zmarzłem!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s