Relacja: Zachód USA – Volfee vs. Arizona

Dzień 3 – 10.09

Pobudka o 6.00 owocuje cudownym wschodem słońca na równinach. Wyłaniające się zza horyzontu pomarańczowe łuny tworzą naprawdę niezwykłą mieszankę z granatem porannego nieba. Widowisko nie trwa jednak długo, bo słońce wkracza na nieboskłon w bardzo szybkim tempie. O 7.30 jesteśmy już przy bramach parku i tu wielkie zaskoczenie – bramka, która powinna otworzyć się automatycznie o godz. 7.00 jest szczelnie zamknięta. Co więcej, zegar zawieszony w pobliżu wskazuje, że aktualna godzina to tak naprawdę 6.30. Do dzisiaj nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego tak się stało – jestem pewien, że dobrze policzyłem strefy czasowe (w Nowym Yorku od znajomego usłyszałem teorię, że park leży na terenie rezerwatu Indian i tam może być inna godzina niż w całym stanie). Jeśli więc planujecie się tam wybrać, polecam zapytać się na miejscu o „dokładną” godzinę otwierania parku.

Mając 30 minut wolnego czasu strzelamy kilka fotek i na spokojnie jemy śniadanie. Punkt 7.00 (ja i tak twierdzę, że to była 8.00 😉 ) brama staje przed nami otworem, zapraszając do podziwiania cudu natury jakim jest skamieniały las. Skamieniałe eksponaty łączą w sobie finezyjny kształt drewna zabarwiony niezwykłymi kolorami minerałów i to w setkach odmian, bo eksponatów jest bardzo wiele, a każdy prezentuje się naprawdę dobrze. Mówi się, że najładniejsze eksponaty zostały skradzione i wywiezione przez turystów/handlarzy, drewno cieszy się bowiem ogromnym uznaniem wśród kolekcjonerów. Właśnie dlatego, park bardzo restrykcyjnie przestrzega zakazu wywożenia fragmentów skamielin – strażnicy są upoważnieni do przeszukania samochodu, a za kradzież grożą wysokie kary finansowe.

Petrified Forrest podzielony jest na kilka stref, gdzie można podziwiać najciekawsze eksponaty – między strefami poruszamy się samochodem po porządnej asfaltowej drodze. W Crystal Forrest (jedna ze stref) istnieje możliwość zrobienia sobie, dosłownie, 15-minutowego spaceru wśród powalonych kamiennych pni. Przy okazji dowiadujemy się jak powstał „las”, z rozmieszczonych tu tablic informacyjnych. Zwiedzanie południowej części parku zajmuje nam ok. 2 godzin, choć wydaje mi się, że osoby z zacięciem fotograficznym powinny zarezerwować sobie trochę więcej czasu. Z żalem opuszczamy to miejsce, raz jeszcze rzucając okiem na północną część parku. Myślami jesteśmy już jednak przy kolejnej atrakcji – Kanionie de Chelly i ukrytej w nim Indiańskiej twierdzy.

Canyon de Chelly (wymowa: kanjon da szej) to miejsce nieznane nawet amerykanom – przynajmniej tym, których poznałem na wschodnim wybrzeżu. Mimo mniejszej sławy, swoim pięknem i niepowtarzalnością niemalże dorównuje Wielkiemu Kanionowi, a stosunkowo niewielka liczba turystów jest ogromną zaletą. Główną atrakcja są poukrywane w ścianach kanionu, prehistoryczne domostwa Indian Anasazi. Punktem wypadowym jest niewielka mieścina Chinle na wschodzie Arizony. Park zwiedza się samochodem poruszając się po punktach obserwacyjnych umiejscowionych na ścianach dwóch kanionów – północnego Canyon del Muerto i południowego Canyon de Chelly.

Mnie bardziej spodobał się Canyon del Muerto, szczególnie punkt widokowy na Mummy Cave – gdzie w ogromnej skalnej wnęce dostrzegamy Indiańską wioskę zamaskowaną wśród czerwono-pomarańczowo-żółtych ścian kanionu. Piękna kompozycji dopełnia soczyście zielona trawa porastająca dno kanionu. Jeśli chcemy z bliska zobaczyć Indiańskie ruiny konieczne jest wykupienie wycieczki z przewodnikiem. Jedynym wyjątkiem jest Biały Dom (brzmi dziwnie znajomo, nieprawdaż? J), w południowym kanionie de Chelly, do którego możemy zejść sami. Zejście do Białego Domu zajmuje ok. 30 minut – z dołu można podziwiać wielkość i kolorystykę ścian kanionu w całej okazałości oraz zobaczyć jak taka Indiańska wioska wygląda z bliska (o dziwo wydaje się być mniejsza niż oglądana z góry). Zwiedzając pozostałe punkty widokowe południowej ściany oglądamy niezwykłe formacje skalne kanionu. Szczególnie warte polecenia jest Spider Rock, czyli bardzo wysoki, a przy tym wąski ostaniec skalny – przy odpowiednim kącie padania słońca wychodzą tam naprawdę niesamowite zdjęcia. My jednak nie mamy już tego dnia zbyt wiele czasu. Po godz. 16.00 wyruszamy w dalsza drogę do Gulding’s Lodge, czyli pola namiotowego/punktu wypadowego dla Monument Valley, którą zwiedzamy następnego dnia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s