Volfee vs Maraton

2004 Marine Corps Marathon

Powodów, żebym 8 miesięcy temu zaczął biegać, było aż za dużo. Nadwaga, zadyszka przy wchodzeniu po schodach, studencki tryb życia pełen imprez i alkoholu oraz stres, którego nie za bardzo potrafiłem rozładować. Długo by wymieniać.

Słowa Will’a Smith’a, które usłyszałem dawno temu, zapadły mi głęboko w pamięć:

„Kluczem do życia jest bieganie i czytanie. Kiedy biegasz jest taki mały człowieczek, który do Ciebie mówi: jestem zmęczony, zaraz wypluję swoje wnętrzności, jestem tak bardzo zmęczony, nie dam rady biec dalej. I masz ochotę się poddać. Kiedy nauczysz się pokonywać tego małego człowieczka, gdy biegasz, nauczysz się, jak się nie poddawać, gdy rzeczy w Twoim życiu staną się naprawdę trudne.”

Lubie proste i jasne porady, dlatego pomyślałem czemu by nie spróbować.

I wiecie co? Wkręciłem się w to całe bieganie. Choć z początku było ciężko, to moje małe cele – biegać regularnie przez miesiąc, dociągnąć do 30 minut ciągłego biegu, przebiec godzinę bez zatrzymywania – zaczęły przekształcać się w trochę ambitniejsze – pierwsze 10 km, pierwsze 15km, pierwszy półmaraton…

A jako, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, po 8 miesiącach treningu i pewnie ponad 1000 przebiegniętych kilometrach, w ubiegłą niedzielę, stanąłem na starcie Łódzkiego Maratonu.

Wiedziałem, że nie może mi się udać. Pomimo treningów i całego ogromu pracy, nigdy nie przebiegłem więcej niż 32km. I już po takim dystansie, ledwo chodziłem. A na maratonie musiałem przebiec jeszcze o 10km więcej. Ostatni miesiąc przed startem, był dla mnie niesamowicie ciężki, ominęła mnie prawie połowa treningów. Żeby tego było mało, na 3 dni przed startem, skończyła się tegoroczna zima stulecia i temperatura skoczyła o prawie 10 stopni. Nigdy nie biegłem w takich warunkach.

Porażka była prawie pewna. Ja jednak postanowiłem pokonać maraton, lub umrzeć próbując. Nie było innych opcji.

Dlatego chcąc, nie chcąc, po 5 godzinach, przekroczyłem linię mety!

Tak, pomimo niedogodności udało się. A ja wreszcie, pokonałem królewski dystans.

Gdyby ktoś zapytał mnie czy było warto, to odpowiem, że zdecydowanie tak. Ale czy jeszcze kiedyś wystartuję? Nie sądzę.

Bo widzicie, bieg maratoński to jednocześnie to, co najlepsze i najgorsze w bieganiu. Z jednej strony jest to taki największy cel, każdego początkującego biegacza. Dla wielu jest to główny powód biegania i wielki motywator. Z drugiej strony, od 30 kilometra, bieg przestaje być przyjemnością, a zaczyna być walką. Pojedynkiem silnej woli, z umysłem i ciałem. Które okaże się silniejsze. Przestaniesz się katować i odpuścisz, czy może przebiegniesz jeszcze tych kilka kilometrów.

Maraton to nie jest przyjemny dystans, jak 10 czy 20 kilometrów. Maraton uczy pokory.

I to jeszcze 3 dni po ukończeniu. Bo od bólu mięśni, nie jesteś w stanie wejść po schodach albo schylić się po coś leżącego na podłodze. Na normalne funkcjonowanie, pozwalają ci tylko środki przeciwbólowe.

A jednak, nawet pomimo tych wszystkich niedogodności, chyba warto wystartować w maratonie. Niewiele jest rzeczy na tym świecie, które potrafią zmienić człowieka. Myślę, jednak, że bieganie się do nich zalicza. Jest trochę jak dłuto, które rzeźbi w człowieku. Porównanie o tyle dobre, że bieganie rzeźbi zarówno w ciele – moja waga spadła o 8 kg, jak i w umyśle – dużo lepsze samopoczucie, większa wytrwałość, wzrost pewności siebie.

Maraton uczy też, jak potężny wpływ na sportowca ma doping kibiców. Życzliwe słowo, oklaski, wiwaty, bębny, a nawet takie zwykłe przybicie piątki biegaczowi, potrafi wykrzesać ukryte (nie wiadomo nawet gdzie) pokłady energii. Na bolące nogi działa lepiej niż najsilniejszy lek. Odsuwa zmęczenie i wlewa wiadro motywacji do głowy.

Dlatego zachęcam was abyście wzięli udział w następnym maratonie organizowanym w waszym mieście. Nawet jeżeli nie dacie rady wystartować, stańcie na trasie i zedrzyjcie sobie gardła dopingując. Taki pozornie niewielki gest z waszej strony, jest najcenniejszą rzeczą jaką możecie podarować biegaczowi. Uwierzcie mi, zapamięta to do końca życia.

Bądź na bieżąco – polub Volfiego na facebooku!

Przeczytaj też: Volfee próbuje: Hare Krishna

Reklamy

24 thoughts on “Volfee vs Maraton

  1. Brawo! Bardzo lubię czytać o takich historiach, siedząc w fotelu i spoglądając na kropelkę wody, spływającą ze schłodzonej, pełnej złocistego piwa szklanki… Takie momenty utwierdzają mnie w przekonaniu, że to tygrysy jednak lubią najbardziej.

  2. Jestem pełna uznania, zwłaszcza, że – z tego, co napisałeś – nie jesteś zapalonym sportowcem. Nienawidzę biegania i zabierałam się za to już ze 100 razy. Mogę się szwędać od rana do nocy dzień w dzień, ale niechęci do biegania nie jestem w stanie pokonać. Za to Tobie życzę wytrwałości.

  3. Już kilkakrotnie podejmowałem próby wykonywania dłuższych treningów bieganie. Nawet teraz od dwóch tygodni biegam (wykonuję trening 10-tygodniowy) i mam nadzieję, że tym razem osiągnę pełny sukces. Twój opis maratonu jako ważnego wydarzenia, sprawił że sam będę chciał wystartować kiedyś.

  4. świetna historia , podobna do mojej, 50kg w dół i nie poddałem się mimo że „pierwszy raz bardzo bolał” (Dębno Maraton) to nie poddałem się i mam już na koncie ich 21 nie licząc tego niedzielnego w Krakowie, polecam i zapraszam do siebie,
    K.S.

  5. Gratuluję. Moją pasją jest chodzenie, albo raczej łażenie, zwiedzanie miejsc gdzie nie ma turystów, zwykłe łażenie z plecakiem, z przyjaciółmi. Mogę o sobie powiedzieć, że jestem niezłą… piechurką. Bardzo to lubię. Co do biegania to owszem, ale jest to bieganie tylko dla przyjemności, bez specjalnego zmęczenia, wolę szybki spacer, truchcik…

  6. Uwielbiam biegać! Trenuję regularnie, z małymi przerwami na okres chorobowy, już prawie rok, ale… w maratonie bym chyba nie pobiegła. Odebrałoby mi to pewnie całą radość z biegania. Dlatego- podziwiam i gratuluję. 🙂

  7. Gratulacje! Mnie na bieganie wzięło 2 tygodnie temu, właśnie przeżywam pierwszy kryzys (jak go przezwyciężyć?), ale szoku doznałam, gdy przeczytałam o ultramaratonach o Scotcie Jurku. Nie przypuszczałam nawet, że człowiek jest zdolny do takiego wysiłku, a jednak są tacy, którzy dają radę. Zatem – powodzenia na ultramaratonie 🙂

  8. Drogi Volfee, pojęcia nie mam kim jesteś, ale miło mi, że subskrybujesz mój blog, najwyraźniej jakaś siła nadprzyrodzona skierowała nas ku sobie 😉 A tak na poważnie ja nie o tym – przyszłam się pochwalić, że wczoraj odbyłam swój pierwszy bieg, do którego zmotywował mnie między innymi Twój post. Bieg to może za dużo powiedziane, bo trwało to może 10-12 minut, gdzie minutę biegłam, minutę maszerowałam i tak w kółko, ale uwierz, był to prawdziwy wyczyn dla kogoś kto ostatnio biegł (nie liczymy podbiegów na przystanek autobusowy) ze 20 lat temu na wfie w podstawówce 😛 Dziękuję więc niniejszym, za mentalne wsparcie mojej słabej silnej woli!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s