Volfee vs Biblioteka Kongresu

Pisałem niedawno o przygodach wartych napisania książki. Teraz wydaje mi się, że tekst byłby lepszy gdyby zatytułować go „Przygody warte opowiedzenia wnukom”. Chcecie posłuchać jednej z moich przygód? No to siadajcie, dzieci. Wszystko zdarzyło się pewnego upalnego lata…

… spędzałem je podróżując z plecakiem po USA – tego dnia zwiedzałem Waszyngton razem z moją przyjaciółką Magdą. Cały Waszyngton jest nudny i patetyczny, pełen pomników, monumentów, cmentarzy i kwadratowych budowli – słowem sanktuarium Lenina w Ameryce. Nasz przewodnik dla turystów, skierował nas do Biblioteki Kongresu, którą „trzeba koniecznie zobaczyć” i dodatkowo jest darmowa. Jak pewnie się domyślacie drugi argument trafił do nas natychmiast.

Biblioteka kongresu to istotnie warte zobaczenia miejsce. Budynek jest równie podniosły jak cały Waszyngton, a w środku można znaleźć stare zakurzone książki (np. taką biblię wydrukowaną przez Gutenberga). Budynek zwiedza sie samopas podążając za strzałkami dla turystów, w pewnym momencie zwiedzania doznałem jednak olśnienia. Za wielkimi drewnianymi drzwiami rozciągała się ogromna okrągła sala z niezwykła kopułą, która już widziałem. Dwa razy. Raz w filmie „Wszyscy ludzie prezydenta”, gdzie Redford z Hoffman szukali afery Watergate. Drugi w „Skarbie Narodów”, gdzie aktor o stu rolach, ale jednym wyrazie twarzy szukał mapy do tytułowego skarbu. Przede mną stały drzwi do słynnej czytelni biblioteki kongresu.

Czytelnia w Bibliotece Kongresu.

Stała też czerwona tabliczka: „No access” i pani Ochroniarz. Popchnięty sarmackim temperamentem zapytałem (z przekąsem) czy mogę tam wejść. No i teraz nie uwierzycie, bo i ja nie uwierzyłem w pierwszej chwili – pani powiedziała, że owszem – można. Trzeba jechać windą na górę i skręcić w lewo. Zgarnąłem szybko Magdę i pobiegliśmy przekonać się czy to prawda. Prawda – należy tylko zignorować następną tabliczkę „For employees and reserchers only”, wtedy idzie się takim długim korytarzem, aż dochodzi się do holu, gdzie jest taki skaner jak na lotnisku i trzeba udowodnić, że się jest pracownikiem albo naukowcem. Fail… już mieliśmy zawracać, kiedy wpadliśmy na pana w garniturze wyglądającego jak typowy ochroniarz. Szybka wymiana spojrzeń z Magdą i już wiemy co robić – ona udaje biedną, niewinną niewiastę, ja próbuję dowieść, że się tu zgubiliśmy, myśleliśmy że wolno i z pewnością nie mijaliśmy żadnego znaku zakazu! Niewzruszony naszą płaczliwą opowiastką ochroniarz kazał nam iść ze sobą. Sądziłem wtedy, że chce na zaprowadzić do tajnego więzienia CIA, gdzie polewałby nas wodą i kazał przyznać sie do szpiegostwa.

Szczęśliwe się myliłem, bo zabrał nas dokładnie tam gdzie chcieliśmy… do samej czytelni kongresu. Zdjęcie na dowód:

Czytelnia Biblioteki Kongresu. Trochę rozmazane, ale to dlatego, że robione na szybko.

W czytelni nie wolno turystom przebywać, a co dopiero robić zdjęć, więc pani bibliotekarka przegoniła nas dość szybko. Po raz kolejny spróbowałem przekąsu: „Czy możemy zobaczyć jeszcze jakieś inne niedozwolone miejsca?”. Mogliśmy. Ochroniarz zabrał nas na krótki spacer po całej niedostępnej części biblioteki, aż w końcu trafiliśmy do pewnego pomieszczenia…

I tu zaczęła się dziać magia.

Na wejściu zabrali nam plecaki i dokładnie nas przeszukali. Otrzymaliśmy białe jedwabne rękawiczki i usiedliśmy przy starym drewnianym stole, na którym stały trzy czerwone tekturowe pudełka.

Jak możecie się domyślić, dzieci, napięcie sięgało w tym momencie zenitu…

Z pierwszego pudełka „ochroniarz” wyciągnął starą zniszczoną książkę – księgę psalmów, jak się zaraz dowiedzieliśmy z roku 1640. Pierwszą książkę wydrukowaną w Stanach Zjednoczonych! A my dostaliśmy ją do potrzymania i przekartkowania!

Drugie pudełko zawierało o wiele nowsze dzieło – „Alicję w krainie czarów”. Tyle, że kopię książki należącą do samego Lewisa Carola, z wklejonymi oryginalnymi ilustracjami!

Alicja w krainie czarów należąca do Lewisa Carola – http://www.luxmentis.com/blog/wp-content/uploads/2010/06/IMG_3807.jpg

Zachwycaliśmy się Alicją, ale to ostanie pudełko zaczęło pociągać nas bardziej…

„Ochroniarz” zdawał się być człowiekiem lubiącym show i budowanie napięcia, bo z tą ostatnią książką ociągał się najbardziej. Powoli otworzył pudełko i wyciągnął zniszczoną książkę wielkości dłoni, zapisaną odręcznym pismem zdaje się, że w języku Hiszpańskim.

Książka należała do człowieka, który płynął do ameryki z nikim innym jak samym… Krzysztofem Kolumbem! Tak… trzymaliśmy w rękach pamiętnik jednego z marynarzy towarzyszących mu odkrywaniu Ameryki!

Do dzisiaj pamiętam, że kiedy wyszliśmy, musieliśmy na chwile usiąść i odetchnąć. Chwilę się zastanowić, posiedzieć w milczeniu z wyszczerzonymi gębami. Na odchodnym zapytałem jeszcze naszego „ochroniarza” o email – mark.dimunation@xxx.xxx.

W Polsce, okazało się, że jest szefem departamentu Ksiąg Rzadkich i Specjalnych Kolekcji.

Bądź na bieżąco – polub Volfiego na facebooku!

Reklamy

8 thoughts on “Volfee vs Biblioteka Kongresu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s