Relacja: Zachód USA – Volfee zdobywa Wielki Kanion

Dzień 5 – 12.09

Budzimy się wcześnie, tak aby o godzinie 7.00 być już na szlaku. Nie wiemy jeszcze czy zejdziemy na sam dół do rzeki, czy dojdziemy tylko do Plateau Point, z którego można zobaczyć spory odcinek Kolorado, z wysokości „jedynie” 400 metrów. Prawdę mówiąc, wielkość Kanionu Kolorado można pojąć tylko i wyłącznie wybierając się na taką przeprawę. Widoki ze szlaku są naprawdę niezwykłe, a spojrzenie w górę, trochę przeraża (póki co nikt nie zbudował kolejki linowej 😉 ). Pierwszy odcinek poszedł nam naprawdę nieźle, w Indian Garden (7,5km od Bright Angel Trailhead) jesteśmy po ok. 1,5h schodzenia. Po drodze można uzupełnić wodę pitną w dwóch punktach rozmieszczonych na szlaku.

Indian Garden to coś na kształt oazy przeznaczonej na pole namiotowe, w którym według władz Parku należy przenocować, jeżeli planuje się zejście do rzeki. Muszę przyznać, że nazwa Garden pasuje tu idealnie, miejsce to diametralnie różni się od zbocza kanionu, rosną tu liczne drzewa, kaktusy, kwiaty które, zmieniają ten zakątek w wyjątkowo barwne miejsce. Jest to ostatni moment na podjęcie decyzji na temat dalszych planów, bo tu szlak rozchodzi się. W lewo na, Plateau Point oraz na zejście do samego dna. My jak to typowi młodzi „rozsądni” ludzie stwierdzamy, że nie jest z nami najgorzej, mamy wystarczająco czasu, by zejść na dół i w ostateczności bardzo wolno doczłapać sie z powrotem przed zachodem słońca. Uzupełniwszy wodę (Indian Garden to ostatni punkt gdzie można to zrobić!) ruszamy w dalszą drogę ku Kolorado.

Do rzeki prowadzi 2 kilometrowy trakt, tutaj jednak schodzenie nie jest tak monotonne. Pomijając już zapierające dech w piersiach widoki (w kanionie to norma), od czasu do czasu mijamy przepływające, strumienie, ciekawe rzeźby skalne oraz dużo więcej roślinności. Po 45 minutach schodzenia wreszcie, za kolejnym zakrętem wyłania się nasz dzisiejszy cel, nie kto inny jak rzeka Kolorado – wartka, potężna, potwornie zamulona, a jednak tak niesamowita (ukształtowała w końcu cały ten cud natury). Mamy teraz czas, aby oddać się podróżniczemu rytuałowi, obfotografowania każdego centymetra rzeki, nie za dużo jednak, za chwilę miało nas czekać 10km, nie takiej już łatwej wspinaczki. Na dole jemy szybko drugie śniadanie, no i w górę.

Muszę wam powiedzieć, że w druga stronę szlak wygląda zupełnie inaczej. Niby kamienie te same, w sumie to drzewo mijaliśmy, ale trakt jakby bardziej nachylony, słońce jakoś mocniej świeci, a i wody też jakoś szybciej ubywa. No nic… trzeba iść dalej. Pamiętam, że właśnie wtedy po raz pierwszy spotykamy turystów zjeżdżających w dół na mułach. I tutaj szybka rada – nigdy (NIGDY!) nie decydujcie się na taką „atrakcję”. Po pierwsze: muły jadą jeden za drugim, więc przez większość trasy będziecie wąchać tyłek tego zwierzaka, który jedzie przed wami. Po drugie: muły idące po piaskowej ścieżce wzburzają tumany piasku, którego sporo nawdychacie się przemierzając 20 kilometrowy szlak. Po trzecie: czy wspominałem już jak pachną muły? No, skoro tę kwestię mamy już omówioną, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby przenieść się godzinę do przodu, z powrotem do Indiańskiego Ogrodu.

Ponieważ nie czujemy zmęczenia, podejmujemy dość karkołomną decyzję – Plateau Point jest 1 milę stąd, skoro już tu jesteśmy, to czemu by go nie odwiedzić. Na początku nie jestem ku temu skłonny, ale ponieważ chłopaki wydają się zdeterminowani, ja również się decyduję. I powiem wam – warto! Jestem skłonny stwierdzić, że to miejsce jest o wiele ciekawsze niż sam brzeg rzeki. Widać z niego poszarpaną rzeźbę terenu oraz Kolorado – w kolorze kawy z mlekiem J. Mamy szczęście, bo na zdjęciach udaje nam się uchwycić osoby, które zdecydowały się przemierzyć rzekę pontonami lub kajakami. Jest już koło godziny 13.00, więc czas najwyższy się zbierać. Zatrzymujemy się raz jeszcze w ogrodzie, gdzie wymieniamy swoje doświadczenia z grupą amerykanów, która dopiero zamierzała zejść do brzegu rzeki, uzupełniamy wodę i chcąc nie chcąc, ruszamy w górę.

Już na początku trasy postanawiamy się rozdzielić, by wzajemnie sobie nie przeszkadzać. Aby nie przedłużać – to było prawdopodobnie najbardziej wyczerpujące 4,5h w moim życiu! Niemiłosiernie prażące słońce, duża stromizna i walka z samym sobą, to było naprawdę wielkie wyzwanie! W końcu o godz. 16.30 po 8,5h wędrówki, jako ostatni staję na szczycie. To co zobaczyłem w Wielkim Kanionie było warte każdej kropli potu, każdego kroku, który zrobiłem, było wisienką na torcie całego stanu Arizona!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s